Film pod tytułem „Captain Fantastic” w reżyserii Matta Rossa całkiem niedawno miał premierę w naszych kinach, czyli z nieco ponad dwumiesięcznym opóznieniem. Historia traktuje o rodzinie, dramatycznej kondycji współczesnego społeczeństwa, bezmyślnym świecie zakupów oraz przepisie na nowe podejście do życia. Reżyser przecież nie zabiera nas do fantastycznego świata, a mimo to dalej zdaje się być on całkowicie nieznajomy. Mistrzostwo, które wprost emanuje z tego arcydzieła jest stanowczo odświeżenie problematyki utopii w nowatorski sposób.

Tytułowy bohater to samotny ojciec, który stara się wykształcić szóstkę dzieci daleko od zindustrializowanej i przesiąkniętej terrorem rzeczywistości. Cała rodzinka prowadzi stoickie życie pośród przyrody. Ich dzień składa się z ostrych wysiłków fizycznych, medytacji blisko natury, studiowania wielkiej biblioteki książek, uczenia się szczegółowej wiedzy z zakresu mechaniki kwantowej, filozofii, chemii i wszystkich innych nauk, ale również z tańca i śpiewów przy ognisku, czułych pogaduszek. Widz może pomyśleć, że metoda wychowania zdaje się działać. Dzieci są wysportowane, znają kilka języków, w wieku około sześciu lat posiadają już wiedzę na poziomie dziesięciu lat wzwyż i potrafią same reflektować się nad życiem. To co szokuje w tym dziele, to to, że nasze początkowe, złudne obserwacje wyparowują przy pierwszym kontakcie z rzeczywistością. Okazuje się, że dzieci nie umieją należycie żyć w prawdziwym świecie. To prawda, że władają ponadprzeciętną wiedzą, ale całkowicie brakuje im wiedzy w praktyce. Ludzie przezywają ich „dziwolągami”. „Captain Fantastic” w końcu rozumie, że z jednej skrajości popadł w drugą. Jednakże końcówka rekompensuje niemoc jaką odczuwa widz. Swoista wisienka na torcie, którą trzeba już sam na sam obejrzeć.